Jednak modernizm

Marcin Orliński

(„Twórczość” 2015, nr 10)

Marta Podgórnik, Zawsze, Biuro Literackie, Wrocław 2015


Jest ze mną ta książka już od kilku miesięcy. Wracam do niej na wyrywki, czytam od początku, a czasami oglądam po prostu okładkę. Pewnie dlatego mój egzemplarz nosi już znamiona intensywnego użytkowania: ślad po filiżance kawy, zagięty róg, zaschnięta kropla czerwonego wina. A okładka ładna, surowa. Czarno-biała fotografia, fragment starego fotela w jakimś ciemnym pomieszczeniu, na podłodze kapcie, w tle kaloryfer, a nad kaloryferem telefon. Na środku nazwisko autorki i tytuł tomu: Zawsze. Piękną, czerwoną czcionką.

W nowym tomie wierszy Marty Podgórnik dominują rym i rytm. To chyba najważniejsza, choć i najbardziej oczywista uwaga formalna. Wymienione środki artystyczne pojawiają się nieprzypadkowo – współtworzą wyłaniający się z wierszy świat i ustawiają czytelnika wobec lektury. Gliwicka poetka bierze bowiem na cel całą tradycję wersologiczną, rozbija estetyczne porządki za pomocą języka codziennego, zderza klasycyzm z ponowoczesnością. W wyschniętą i pozbawioną życia glebę ciska lekami na kaca, fantazją o gwałcie zbiorowym i oryginalnie skleconym wulgaryzmem. Ten odważny, a czasem nawet brutalny nalot na tradycyjne hierarchie wartości i definicje piękna, ma w sobie coś ożywczego. Język znów kwitnie, rozrasta się, wraca do pierwotnego środowiska, w którym prym wiodą dźwięk i powtórzenie: „Kiedy wreszcie umarła, krwi nie było wiele/ Pieliła ogródek, zasłuchana w Brahmsa/ Zamiast powieści rzeki wolała nowele/ Z piekieł resentymentu rodziła się szanta” (XXL).

Warto zwrócić uwagę, że tradycyjnej formie towarzyszą tradycyjne tematy, wśród których na plan pierwszy wysuwa się miłość. Historia miłosna, którą opowiada Podgórnik, nie jest usłana kwiatami zakupionymi na romantycznym lub młodopolskim straganie. Próżno tu szukać idealistycznych roszczeń czy sentymentalnych wyznań. Ta opowieść się rwie, rozpada, szuka własnej formy, pozostawiając w czytelniku zachwyt lub poczucie konsternacji. Podgórnik sięga do najmroczniejszych rejestrów ludzkiej egzystencji, ukazuje dramat człowieka wplątanego w skomplikowane relacje z drugim człowiekiem, a także z samym sobą. To miłość pozbawiona złudzeń, miłość pełna mrocznej, punk-rockowej energii, miłość drapieżna i bolesna. Za przykład niech posłuży fragment wiersza Pieniążek:

Naklejkę z butelki skrobałam jak ciążę w fontannie zgubiłam miedziany
pieniążek
Poszedłeś na wojnę to było za łatwe pierdolić fontannę przeminęło
z wiatrem
Pierdolić tę wojnę nie tutaj się działa i co tam pieniążek nieważna
część ciała

Rozwiązania formalne, na które zdecydowała się Podgórnik, można zresztą interpretować szerzej: rym i rytm okazują się sposobem na oddalenie rzeczywistości, wzięcie jej w ironiczny nawias i spacyfikowanie. W wierszu Piąta nad ranem, który jest zarazem listem do kochanka, bohaterka wyznaje: „Bo ja do dziś widzę Cię w swoich snach, i myślę o nocach i dniach, Lecz nie troskam się tym./ Liczy się rytm i rym”. W kilku wierszach pojawia się też wątek nienarodzonego dziecka, który można rozumieć jako figurę niemożliwości mówienia. Granice mojego języka oznaczają przecież, jak wiemy od Wittgensteina, granice mojego świata. W wierszu Pełznąca Opera poetka pisze: „Można i śpiewać, oj, straciłam dziecko, i w życiu mi było niemiło,/ nielekko lecz bądźmy szczerzy, któż/ Ci w to uwierzy nad od Versace-second-hand torebką”. Z kolei w utworze XXS: „Nie chodź się bawić nad głęboką wodę/ Widziałam we śnie – jest brudna/ Jak krwawienie miesięczne, płyny porodowe/ Brudna jak myśli, które mam o Tobie/ Złota tafla, gdy pęka, szczerzy się zdradziecko/ Moje nienarodzone i jedyne dziecko/ Nie chodź się bawić nad głęboką wodę”. Wyselekcjonowane i poddane obróbce doświadczenie uzyskuje w wierszu swój właściwy kształt. Dalej jest już tylko owa głęboka woda. Lepiej pozostać na brzegu i ze śpiewem na ustach pokołysać się nad jej ciemną taflą.

Interesujące są również polemiki, które podejmuje Podgórnik. Na przykład w wierszu Transakcja, który prawdopodobnie skierowany jest do poety Tadeusza Dąbrowskiego, poetka stwierdza: „Katolik pisze, że poezja pojawia się nagle (tak to zrozumiałam) podczas podróży autem lub w trakcie masturbacji (z myślą o żonie). Raczej nie jestem w temacie, podczas autoseksu fantazjuję o gwałcie zbiorowym”. Inna próba literackiej dyskusji to wiersz Obiekty sztuki, w którym bohaterka pisze, że obiekty sztuki są ulotne, a klasycystyczne wiersze – nudne. Utwór dedykowany jest K.S. Inicjały te mogą należeć do Krzysztofa Siwczyka, który jest autorem książki Ulotne obiekty ataku. W tekście pojawia się też imię Maciek – i trudno nie pomyśleć od razu o Macieju Meleckim. Bo Siwczyk i Melecki to przecież znany tandem polskiej poezji i krytyki, niezłomny duet wydawniczy z Instytutu Mikołowskiego. Obaj stawiają na poezję gęstą, nieprzetłumaczalną, ukierunkowaną na komplikowanie aktu poznawczego i mnożenie językowych labiryntów.

Zawsze nie jest książką na zawsze. W epoce ponowoczesności wszystko jest bowiem na chwilę. Umowność i krótkotrwałość dyskursywnych, a być może również życiowych zobowiązań, nie pozwala brać na poważnie jakichkolwiek deklaracji obarczonych wielkim kwantyfikatorem. A jednak tytuł tomu, pomimo czytelnej ironii, domaga się uniwersaliów. Przypomina o wadze być może najsilniejszego ludzkiego uczucia. I o powadze, jaka mu się należy. Pragnę więc nalać sobie kolejny kieliszek wina, a potem wrócić do pierwszego utworu z książki, w którym poetka pisze: „Zatem jednak modernizm? Zapytała szeptem/ Zbyt teatralnym. Zawsze urodzi się w piekle”.