Zabiegi

informacja prasowa

Zabiegi to moja piąta publikacja książkowa i zarazem prozatorski debiut. Projekt został zrealizowany dzięki stypendium, które otrzymałem w Programie Młoda Polska 2014.



Marcin Orliński, Zabiegi

WBPiCAK, Poznań 2014
Biblioteka Prozy Współczesnej, tom 4
ISBN 978-83-64504-16-7
Liczba stron: 82

Redaktor serii: Mariusz Grzebalski
Redaktorka: Natalia Słomińska
Autor okładki i koncepcji graficznej: Piotr Zdanowicz
Skład, łamanie: Dorota Bojkowska
Korekta: Patryk Szaj


Recenzje:

Krzysztof Lisowski, Wystarczy wyjechać do kurortu ("Nowe Książki" 4/2015)
Jędrek Biegański, Bóg, honor i zapiekanka ("Twórczość" 4/2015)
Jakub Sajkowski, Wyrósł we mnie menel... ("sZAFa" nr 52)


Wywiady:

Polskie Radio Program 1
Radio WNET
"Magazyn VEGE"



Książka ukazała się w dwóch wersjach graficznych (kliknij, aby powiększyć).


     






„To najszybsza z dotychczasowych książek Marcina Orlińskiego. Zabiegi czyta się właściwie nie wiadomo kiedy. To coś w rodzaju notatek z wakacji nad morzem, kilkuzdaniowych obserwacji, wrażeń, wspomnień, porównań. Dziwne, że składając się z takich scenek, z takich obrazków, Zabiegi mają jednak precyzyjną konstrukcję, i zdumiewające, że przy takim nagromadzeniu banalności mówią jednak rzeczy istotne. Dotykają czegoś, co jest zbiorowym polskim doświadczeniem”.

Bohdan Zadura


Zabiegi to proza postkurortowa. Jeśli chcecie wiedzieć, co naprawdę przeżyliście tego lata w Świnoujściu czy w podobnych wczasowiskach, czytajcie Orlińskiego. Jak na jeden turnus, jest to książka kompletna i zabawna”.

Marek Bieńczyk




Fragmenty książki:


***

Zaprawdę, język będzie się wam plątał, a przedmioty utracą kolory. Nogi zaczną wam ciążyć i postradacie radość z obcowania z braćmi swoimi i siostrami swoimi. Będziecie senni za dnia i pobudzeni w nocy. Czas się zatrzyma, a drzewa i krzewy objawią się wam jako pełne ruchu. Tak będzie, albowiem wyczerpały się wam złoża hydroksyzyny i wyschły źródła lorazepamu. Z paznokci popłynie wam krew. W mózgu zaczniecie odczuwać swędzenie. Będziecie wzbudzali lęk i odrazę. I zaprawdę, przesrane będziecie mieli po całości.


***

Przy stoliku obok dziewczynka ciągnie za rękaw ojca:

– Tato, tato, a kiedy znów pójdziemy pooglądać małpki?

A gdybym jej powiedział, że niedawno w Parku Dzikich Zwierząt Qianling w południowo-zachodnich Chinach małpa podbiegła do małego chłopca, urwała mu jądro i je zjadła? Hę? Przeciętny goryl, koleżanko, ma siłę sześciu dorosłych mężczyzn. Z gorylem nie ma dyskusji. Gdy go rozdrażnisz, już po tobie. Dwa i pół tysiąca lat filozofii, wielkie systemy religijne, niezliczona ilość koncepcji społecznych – wszystko na nic. Człowiek nie obroni się przed małpą.

Trudno się zresztą dziwić. Małpa człowiekowi małpą, bo i człowiek małpie małpą. Ciasne klatki w ogrodach zoologicznych, laboratoria, eksperymenty naukowe, wiwisekcja. Czy wiesz, koleżanko, na czym taka wiwisekcja polega? To słowo pochodzi z łaciny i oznacza dosłownie „rozdzielanie żywego”. Zwizualizuj to sobie. Więc zwierzęta się buntują. A rewolucja, jak to rewolucja. Dziś chińscy chłopcy, jutro polskie dziewczynki.

I co? Mam jej to powiedzieć? No nie, nie powiem. Zwłaszcza że obok siedzi ojciec. Sto kilogramów żywego mięcha. Łańcuchy i ortalion. Daruję sobie.


***

Nie zawsze jest różowo. Nie zawsze świat mi dopinguje, a wszelkie boże stworzenie trzyma za mnie kciuki.

Na przykład psy.

Biegnę alejką osiedlową i już z daleka takiego widzę. Kraina łagodności na czterech łapach, wzór cnót sobaczych z nosem pośród mlecza. Podbiegam bliżej, uśmiecham się do właścicielki – wesoła, starsza pani – gwiżdżę do niego, cmokam, przemawiam jak do niemowlaka. A on, ten miły jamniczek, ten żagiel na horyzoncie podczas bezwietrznego popołudnia, zmienia się nagle w rozwścieczonego bulteriera. W jednej chwili Gandhi, a w następnej – Himmler, całe Waffen-SS, w którym zarządzono właśnie sraczkę i pękanie wrzodów. Legion śmierci, który ma tylko jeden cel: rzucić się na mnie, rozerwać na strzępy, dokonać ostatecznego rozwiązania kwestii joggingu. Życie ratuje mi niewidzialna smycz, która w ostatniej chwili się napina, a on – oni – to wszystko – zawisa bezładnie w powietrzu. Z tym obrazkiem, na miękkich nogach biegnę dalej.

Ale biegnę.

Widziałem już różne rzeczy. Zwłaszcza w Warszawie. Ciekawskie dzieci i rozanielone staruszki. Mijałem mężczyzn w sportowych uniformach, dla których moja postać stanowiła obrazę uczuć religijnych. Rowerzystów, przekonanych, że jestem palikiem slalomowym. A także Romów, dla których w ogóle mnie nie było. Nie istniałem.

Najdziwniejsza sytuacja miała jednak miejsce dzisiaj. Tu, w Świnoujściu.

Skręcam z Matejki w 11 listopada. Pojawia się dwadzieścia metrów przede mną. Od razu rozpoznaję tę charakterystyczną gestykulację. Ten chód natchniony, pełen buntu wobec trójwymiarowej przestrzeni i niezgody na grawitację. Zauważa mnie. Zastyga. Biodro wypchnięte do przodu. Jedna ręka gdzieś z tyłu, druga wyciągnięta w moją stronę. W świat. W próżnię. Gdybym nie wiedział, w czym rzecz, pomyślałbym, że to komornik podczas pracy. Ewentualnie torreador, któremu właśnie uciekł byk. Zwalniam, a on traci na chwilę równowagę, jakby to moje zwolnienie wytrąciło go z bezruchu. Mijając go, patrzę mu w oczy. Przez sekundę, ale jestem pewien, że moje spojrzenie pozwala mu wrócić do pionu. Jak niewidzialna smycz.

Otwiera usta, a z jego gardła sypie się lawina dźwięków. Z bezładnej masy granitów i sjenitów wyłapuję – tak mi się wydaje – jedno słowo:

– Pornografia!