Wystarczy wyjechać do kurortu

Krzysztof Lisowski

(„Nowe Książki” 2015, nr 4)

Marcin Orliński, Zabiegi, WBPiCAK, Poznań 2014, liczba stron: 82


Zbiór próz Marcina Orlińskiego wykazuje pokrewieństwo z małymi utworami, obserwacjami, podsłuchami Mirona Białoszewskiego. Ale to wszystko przepuszczone jest przez bardzo osobisty filtr osobowości kogoś, kto ma inne poczucie humoru i zna się na filozofii, i także na 'obrotach języka', różnych dykcjach tekstowych światów współczesności.





Marcin Orliński, absolwent filozofii UW, opublikował dotąd trzy zbiory poezji i książkę krytycznoliteracką. Debiutował jako poeta w roku 2006. Jest też publicystą i prozaikiem. Omawiany tom tego dowodzi, choć zdarzają się w tych drobiazgach iskry prawdziwego liryzmu. Jak choćby w takim oto utworze bez tytułu:

Nad morzem przestajesz być sobą i zaczynasz być morzem. Odżywiasz się morzem. Pijesz morze. I pocisz się morzem. Słowem: pluskasz się w negacjach i tautologiach.

Na przykład dzisiaj. Butelka białego wina na plaży w samo południe wydawała się doskonałym pomysłem.

Problem stanowiła jedynie zagrycha. A właściwie jej brak.

Resztę zrobiło słońce.

Rekomendujący wydane w Poznaniu Zabiegi podkreślają: "przy takim nagromadzeniu banalności mówią jednak rzeczy istotne. Dotykają czegoś, co jest zbiorowym polskim doświadczeniem" (Bohdan Zadura), a Marek Bieńczyk dopowiada, że to "książka kompletna i zabawna".

Bohater tych opowieści, gnom, konstatacji doznaje odmiennych - od zwyczajnych domowych - stanów świadomości, bo spostrzega, że znalazł się w sytuacji innej: niezbyt istotnej podróży do miasta turystów i kuracjuszy, do strefy przygranicznej dzielącej, czy może łączącej, sąsiadujące państwa. Słowem, znalazł się oto na granicy światów, na której dzielą się sprawy banalne, sytuacje raczej przewidywalne, połowiczne, będące namiastką wędrówki, nie bardzo wiadomo po co - po odpoczynek i opaleniznę, święty spokój, dla iluzji odmiany w królestwie złego smaku?

To oczywiście także przyczynej do autobiografii, raz więcej realizmu, innym razem liryczność. Podawane nam tu relacje z reguły są poniekąd spodziewane, czasem z jakąś niespodziewaną, niepoważną puentą, wyraźną autoironią, dystansem, z paradoksem: "Dochamianie. Taki obowiązek powinni mieć wszyscy zawodowi humaniści. Wyjechać do kurortu. Wystawić na pośmiewisko swoje brzydkie ciało. Podwyższyć sobiepoziom cholesterolu. Nadwyrężyć wątrobę. Takie 'dochamianie', nie mylić ze 'schamieniem', byłoby więc na dłuższą metę czymś na kształt 'uchamienia'. Przy czym przedrostek 'u' miałby tu taką samą wagę jak w słowie 'ubogacenie'".

Te prozy kwestionują mechanizmy i schematy myślenia (już sam tytuł książki uczula na jego wieloznaczność - "zabiegi" to różne rodzaje kuracji w mieście sanatoriów i domów wczasowych, ale przecież i swoiste wędrówki przez słowa, sytuacje pograniczne, podglądanie świata obcego, nie-swojego). Autor proponuje namysł nad własnym patrzeniem i mówieniem o wyimku rzeczywistości realnie przecież istniejącej, nad detalami obszarów nudy, bezrefleksyjności, nad przymierzaniem masek i maseczek.

Jeśli jest to rzeczywistość kiczu, migotliwej historii "państw i jednostek", osobliwej plażowej transgresji, zachowań, które obowiązują w kulturze przypadkowej zbiorowości nastawionej głównie na wątpliwej jakości przygody momentalnego zaspokojenia, powierzchowną egzystencję wyłącznie według zasady przyjemności, to Orlińskiemu udało się nakreślić wyrazisty obraz.

Świnoujście, lato w tym mieście, stanowi tu namiastkę wakacyjnego raju, który okazuje się dla bardziej wrażliwych osobników piekłem, zmorą, brzydkim powiatem nudy, wyspą, na której zwolennicy odpoczynku stają się ofiarami własnego wyboru.