Między chaosem i kosmosem

Marcin Orliński

(„Twórczość” nr 10/2014)

Mieczysław Machnicki, Lawa się nasładza skorupa ciemnieje, Biblioteka „Toposu”, Sopot 2013


„Jest poetą, bo jest kreacjonistą”, napisał o nim kiedyś Stanisław Grochowiak. Trudno się z tą tezą nie zgodzić. Mieczysław Machnicki tworzy na gruzach rzeczywistości. Świat, który wyłania się z jego wierszy, jest ułomny, niepełny, wynaturzony. Żaden byt nie ma tu stałego miejsca. Żaden układ planet nie trwa dłużej niż jedną chwilę. Realizm ustępuje więc miejsca surrealizmowi, a reguły świata fizycznego zostają zastąpione przez logikę snu. To tradycja sięgająca Brunona Schulza, Bolesława Leśmiana i Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Ale również: Tadeusza Nowaka, Tymoteusza Karpowicza czy wspomnianego już Grochowiaka. Jeśli zaś szukać odniesień w polskiej poezji najnowszej, należałoby pewnie wskazać takie nazwiska, jak Andrzej Sosnowski, Roman Honet, Bartłomiej Majzel, Krzysztof Siwczyk czy Maciej Melecki.

Lawa się nasładza skorupa ciemnieje to najnowszy tom wierszy byłego redaktora miesięcznika literackiego „Nowy Wyraz”. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na formę zbioru. Książka składa się z samych dystychów. Większość to utwory rymowane. Każdy z nich zbudowany jest z pięciu strof. Z dwoma wyjątkami: wiersz otwierający książkę ma siedem zwrotek, a kończący – sześć. Co ciekawe, tylko ostatni tekst ma tytuł (Żywot człowieka poczciwego). Gest nadania nazwy można interpretować jako akt, który zamyka i dopełnia proces powoływania świata do istnienia. Problem jednak w tym, że żadna całość ostatecznie się w tej książce nie ujawnia. Okazuje się bowiem, że ostatni wiersz to kolaż, barwna mozaika, którą autor ułożył z tytułów cudzych książek. Nadzieje czytelnika zostają więc zawiedzione, a tytuł – pierwszy i jedyny – okazuje się nazwą pozorną, ironicznym odcięciem, maską pośmiertną.

Już w pierwszym tekście autor kreśli perspektywy i ustala reguły gry z czytelnikiem: „Oddałem krew do analizy/ czego nie zobaczą co tylko ja widzę// że każdej nocy spuszczam ją do Wisły// chcę rano nabrać wody czystej// że krew ma brzegi wycięte diamentem/ a woda wyrwy wiry uskoki zakręty// (…)”. Laboratoryjnej analizie autor przeciwstawia widzenie poetyckie. Referencyjna funkcja języka zostaje osłabiona, a nad opisem górę bierze wyobraźnia. Machnicki wydaje się prowokować semantyczną katastrofę. Pragnie, by słowa wykoleiły się ze swych semantycznych torów. Zagęszcza język, wprowadza rozbudowane metafory i na każdym kroku komplikuje ontologię świata przedstawionego. Jednym z elementów tej strategii jest odzieranie przedmiotów, zwierząt i ludzi z ich fizyczności. Na przykład „konik”, o których autor pisze w jednym z utworów, wydają się zaledwie superpozycjami prawdziwych stworzeń, bytami niemożliwymi, które ostatecznie nie zdążyły się zmaterializować i zastygły w pół drogi do zaistnienia:


Koniki bez kopyt przecież je widziałem
biegały wytrwale po sztucznej murawie

wbiegły na płaskowyż koniki bez grzbietu
odarte ze skóry miały kształt filetu

biły pęcinami w zeschły bęben mięsa
jakby szwadron jeźdźców chcąc wydobyć z wnętrza

bez oczu i uszu języków ogonów
bez reszty podobne do wież pustych dzwonów

najbardziej żywotny rozkazywał w siodle
zdejm wędzidło z ducha niechaj się pomodlę

Ale spojrzenie, które cofa się w głąb siebie, to nie jedyny sposób na rozprawienie się z konwencjonalnymi sposobami przedstawiania. Dekonstrukcja świata fizycznego, natchniony język pełen nawiązań do tradycji literackiej i profetyczne zwroty sprawiają, że Machnicki jest poetą wyobraźni, kapłanem imaginizmu, a jednocześnie przecież sprawnym operatorem zaświatowych urządzeń, doświadczonym lalkarzem, który swobodnie pociąga za sznurki. Przestrzeń okazuje się tutaj przestrzenią heterotopiczną, a czas – czasem pozbawionym chronologii: „Zegary z zegarami walczą o więcej czasu/ kto niżej z wieży spadnie kto na niej będzie wyżej// wskazówki wyłamane celują bez namiaru/ cień jednej kryje drugą już wyostrzonym krzyżem”.

Machnicki potrafi prowadzić subtelny dialog z tradycją literacką. Uwagę zwracają choćby nawiązania do Pisma Świętego. Ale Bóg, którego poeta powołuje do istnienia, nie jest chyba Bogiem chrześcijańskim. „Jeden Bóg nie wystarczy bogiń trzeba siedem”. „Bóg jest bardziej samotny gdy ma nad sobą księżyc”. „O tobie pomyślałem mój podwójny Boże”. Poeta tworzy więc własną kosmogonię. Jednocześnie zadaje pytania o warunki pisania i możliwości literatury. W jednym z tekstów pisze: „Poezja jest błyskiem więc jeśli błysnęło/ to też czymś być musi co nie przeminęło”. Warto zauważyć, że powyższy passus traktuje nie tylko o poezji, ale również o byciu jako takim. Z kolei w przedostatnim utworze czytamy:


Daimonionie, daj odpocząć ścieśnij wersy
niech ostatni będzie pierwszym więcej nie chcę

niech polegnę zanim dystych drugi sklecę
lepiej zostać bohaterem w dobrej wierze

niech się same już nie piszą niech pomyślę
chcę się trzymać jak w umowie wzoru ściśle

liczyć szybko na paluszkach czy średniówka
tam wypada gdzie się łącząc dzielą słówka

jakbyś pisał mój nekrolog zanim skończę
daj odpocząć rozszerz wersy nie pobłądzę

Świat, jaki się wyłania z tych wierszy, jest światem zwielokrotnionym, przesterowanym i wzmocnionym. Znaczenia ujawniają się między słowami w nadmiarze lub niedomiarze. Demiurg Machnickiego chętnie posługuje się zresztą liczbami. W jednym z wierszy Bóg pojawia się na przykład w dwóch osobach. W innym podmiot liryczny wyznaje: „Nie mam nic pod poduszką prócz drugiej poduszki/ dlaczego nad mym łóżkiem trzecie stoi łóżko// brakuje zaś drugiego najdokładniej liczę/ tam bym sobie pokrzyczał skoro w pierwszym milczę”. Albo: „Noc mnie nauczyła dziwić się wszystkiemu/ co już nie jest gwiazdą ostatnią w szeregu”. Możliwe, że autor tworzy w ten sposób własną algebrę istnienia: „taka jest skryta w liczbie o nas prawda bytu/ gdy jestem w dwu osobach cierpię z niedosytu”.

Lawa się nasładza skorupa ciemnieje to książka-zagadka. Zastanawiający jest zwłaszcza rozdźwięk między jej treścią i formą. Z jednej strony chaos, a z drugiej – kosmos: stałe metrum, ściśle określona wersyfikacja, mniej lub bardziej precyzyjny rym. Tak jakby na każdym kroku poeta chciał zwrócić uwagę czytelnika na narzędzia, którymi się posługuje. Jakby przywoływał całą tradycję wersologiczną tylko po to, by obnażyć jej siłę lub słabość: „Treść dochodzi do formy po drodze ją mija/ kształt mi obojętny żebraczego kija”.