Z głębi supła

Michał Domagalski, recenzja książki Tętno

(„Fabularie” nr 1(12)/2017)

Marcin Orliński, Tętno, Dom Literatury w Łodzi, SPP Oddz. w Łodzi, Łódź 2014


Niewątpliwie: „w końcu się zacznie”. Burzy już nie można odwołać. Tej prawdziwej burzy, która przyniesie odwrócenie porządku, spowoduje wybuch nieba. „To, co było na zewnątrz, wleje się do środka”. Pomieszają się kierunki, więc „na trzeciej będziesz miał dwunastą. Musisz więc zdążyć”!

Zmiana zdaje się nieodwołalna i radykalna. To przekonanie kołacze się po mojej głowie, tkwi w niej niczym jątrząca ranę drzazga. Im mniej danych na temat owej nieuniknionej burzy, tym bardziej przeraża. Czasami wywołuje śmiech – przecież nie ma lepszej reakcji obronnej. Chociaż Marcin Orliński właśnie sam śmiech nazywa burzą . Czyżby to, co mogło być rozwiązaniem, stało się pułapką, zagrożeniem? Może śmiech zamiast bronić, zanurza nas w owych gwałtownych zmianach jeszcze bardziej?

Wyjście zostaje wskazane w innym wierszu Tętna. Sposobem na przetrwanie katastrofy ma stać się uprawa ogródka? Czyżby to przesłanie rodem z Kandyda miało być nadal aktualne? Można jeszcze ograniczyć się do swojego ogródka? Ogródek zależnie od potrzeb lub właściciela może przybierać różne formy, kształty… Ciasny, ale własny. Może być joggingiem, miłością, a nawet – o zgrozo! – krytyką literacką. „Ważne, żeby to robić/ serio. Ważne, żeby rozplątał się supeł”

Supłem staje się Tętno.

Wolter – XVIII-wieczny myśliciel pojawiający się jako filozoficzny kontekst w utworze Formy przetrwania – to również pies na problemy metafizyczne reagujący merdaniem ogona. Bawi? Ten dowcip jest jednak powagą podszyty. Zapętlamy się jeszcze bardziej. Bo Marcin Orliński pisze „z głębi supła”.

Liczba wewnętrznych powiązań, zapętleń w tych pozornie niesprawiających interpretacyjnych trudności wierszach zacieśnia węzeł. Pojedyncze słowo lub skojarzenie każe mi przeskakiwać między stronami, jakbym grał w klasy; każe wyszukiwać sprzeczności, jakbym bawił się w Znajdź różnice. Jeśli Tętno staje się zabawą, grą z czytelnikiem, to czy owe teksty nie zapowiadają autodestrukcji? Co zdałoby się poważne, przeradza się w poetycki żart, co zaś jest żartem, rodzi refleksje?

Kogo nazwiemy „Wolter”? I jakie to będzie miało znaczenie?

Problem nazywania rzeczywistości z poezją splótł się na zawsze. Wraca więc i w Tętnie, między innymi w – nomen omen – „Imionach”. Nie jest to jednak odgrzewanie liczącego sobie tysiące lat kotleta, ale przesianie zagadnienia przez współczesność oraz przez – co dla Tętna bardzo ważne – jednostkowe doświadczenie.

Imię nie jest wyłącznie niewinną nazwą, ale określeniem. Budzi najrozmaitsze skojarzenia. Wybór między nowoczesnym, tradycyjnym czy niestandardowym nie jest bez znaczenia. Noworodek – ten jeszcze niczego nieświadomy byt – z wytypowanym przez rodziców imieniem przejdzie przez całe życie. Nazwa staje się częścią nazwanego obiektu. Dla poety to oczywiste stwierdzenie niesie mniej oczywiste konsekwencje. Jego utwory są w końcu nazywaniem. „Niektóre wiersze są imionami,/ inne przezwiskami”. W Tętnie Marcina Orlińskiego stają się „prostymi spostrzeżeniami”. Takimi, jakich ja – jako czytelnik – czasami potrzebuję. Ilość tych prostych spostrzeżeń buduje kokardkę – błękitną kokardkę. Która – musimy o tym pamiętać – jest jednak supłem. W dodatku błękitna kokardka z wierszy Orlińskiego została „ukręcona z gówna”.

Zaś sama poezja? Im częściej się z nią stykamy, tym trudniej nam dokładnie określić, czym ona jest. Nie sposób więc od poety oczekiwać odpowiedzi na tak postawione pytanie. Szczególnie od poety będącego także czytelnikiem. Nie tylko twórcy, ale i odbiorcy – przedzierającego się przez kolejne wiersze, kolejne tomy zadrukowane tekstami budowanymi w oparciu o najróżniejsze poetyki albo ich brak.

Czym więc jest poezja? Kolejny przeczytany/napisany wiersz oddala nas od odpowiedzi. Podobnie dzieje się z tekstami krytycznymi. Coraz więcej w nich pytań, coraz częściej stają się zapisem wątpliwości. Z monologów przechodzą w dialog. Stają się rozmową. Głosem w debacie, w której udział bierze poeta, krytyk, czytelnik. W przypadku Marcina Orlińskiego poeta, krytyk (na co wskazuje wiersz Do krytyków) oraz czytelnik (pierwsze linijki wiersza Piszę) to ta sama osoba. I to zresztą nie jedyne, co go określa.

Podmiot liryczny Tętna określony zostaje przez ruch.

Ruch oraz brak ruchu.

W wierszach Marcina Orlińskiego mamy przeważnie konkretne obrazy przemieszczania się, które jednocześnie stają się impulsem do rozważań zakrojonych szerzej.

Przy pierwszej lekturze Tętna wydaje się, że należy wybrać działanie. Rozkręca się prawdziwy rollercoaster, ruch napędza rzeczywistość, jest rzeczywistością. Wyłącznie to, co się rusza, ma prawo istnieć. Czytamy o świecie rodem z filozofii Arystotelesa, tylko pozbawionym Pierwszego Poruszyciela. Co zresztą współgra z puentą wiersza Marzec (będącą jednocześnie polemiką z Różewiczowskim poematem bez):

Życie bez Boga
jest możliwe. Życie bez Boga jest konieczne.

Człowiek współczesny nie tylko może, ale musi poradzić sobie bez takiej instancji. Byt absolutny jawi się jako niezmienny, a więc nieruchomy. Tymczasem tutaj trzeba biegać. Nie ma czasu na stabilność rodem z Parmenidesa. To wesołe miasteczko, w którym największą atrakcją zdaje się być kolejka górska.

W końcu decydujemy się na rollercoaster. To jest

coś. Trzęsie, wytrąca z rytmu. Jeździ po ósemce,
czyli – jakby nie patrzeć – w nieskończoność.

Jak poezja i jazz, nasz ulubiony gatunek –
sztuka, która wciąż nie może się zacząć.

Istotą jest więc wieczny ruch. Ciągły bieg. Jeśli sztuka, to nie tylko taka, która się nie kończy, ale nawet – nie zaczyna. Znaleźliśmy się w świecie Heraklita. Zmieniamy się my, biegnąc, ale zmienia się także otoczenie („Trasa biegu nigdy nie jest taka sama”). To stwarza problemy, szczególnie jeśli się jest poetą („No bo jak opisać// drogę, która ciągle jest w drodze?”).

Przerzutnia między dystychami w Wesołym miasteczku („To jest//coś”) podkreśla ów problem opisu. Ten rollercoaster jest. Jest czymś. To już nie tylko pozytywna ocena jednej z wielu atrakcji. Znaczenie rollercoastera się rozrasta. Może nawet pogodzi ruch oraz zastoju. Jest równocześnie wieczną zmianą oraz ostoją. Świat, który nie potrzebuje ani początku, ani końca. Rzeczywistość, którą określa stałość ruchu.

Chociaż czy tak proste metaforyzowanie świata nie jest kolejną pułapką? Czy nie uległem interpretacyjnej jednoznaczności? Czy skoro świat taki duży, to odpowiedzi mogą być tak małe?

W końcu jest jakiś początek. I to nazwany w tomie Tętno. W otwierającym całość wiersz – nomen omen – Początki.

Zaczyna się od błękitnych kokardek w rodzaju:
bądź szczupły. Zaczyna się od kolorowych szalików

typu: utrzymaj kondycję.

Znajdujemy więc miejsce, w którym wchodzimy do kolejki. Potem czeka nas już tylko nieskończoność ruchu. Biegniemy! „Kilka godzin biegu daje kopa, o jakim// nie śniło się filozofom”. Działajmy („Zawiąż sznurówki i biegnij”), zamiast filozofować („myślenie może być/ przyczyną różnych chorób”), zamiast mówić („A teraz przestań już/ tyle gadać”).

Oczywiście wybór działania, jazda na rollercoasterze ma swoje niemiłe konsekwencje. Przyzwyczaj się do głodu./ I do samotności – czytamy w Zasadach. I dalej: „Pożegnaj się z paznokciami u nóg.// Przywitaj z zawrotami głowy”.

To ruch, działanie pozwala nam uczestniczyć w rzeczywistości. Jedzenie w biegu wydaje się niekomfortowe, ale gwarantuje przeżycie. Tymczasem intelektualistów czeka śmierć głodowa. Rozważając, czy lepiej iść po zakupy na bazar, czy do marketu „prędzej napiszemy (…) cykl esejów, niż zjemy kolację”.

Trzeba jednak pamiętać, że tego działania nie wybieramy samodzielnie. Owo działanie zostaje… jeśli nie narzucone, to zaproponowane z zewnątrz. Wpisane w błękitną kokardkę, która rozkazuje: „bądź szczupły”.

Hasło „bądź szczupły” zastąpiło inne. Chyba wstydliwe, nasiąknięte banałem, a jednocześnie trudne. „Bądź sobą” zda się nieaktualne dla współczesnego człowieka, który jest zabiegany, który ciągle musi uczestniczyć w coraz to nowych wyzwaniach (by nie rzec challenge’ach), który nie ma specjalnie czasu na tak wyabstrahowane rozważania. Współczesny człowiek po prostu jest. Nie musi być sobą. Stwierdza „Biegnę, więc jestem”.

Żyjąc w zmianie, nie potrafimy sobie nadać stałej nazwy. Nie potrafi stać się sobą. Ważniejsze, aby być odpowiedzialnym, kreatywnym, zdolnym do pracy pod presją czasu. Chcieć pracować w młodym i zgranym zespole. Ważniejsze stało się – od określenia, kim się jest – dążenie do posiadania cech wymaganych przez innych. Na przykład sąsiadów (którzy, jak wskazuje zakończenie Imion, wiedzą o nas najwięcej). Lub przyszłego pracodawcy bądź osoby w jego imieniu poszukującej pracownika.

Tymczasem osoba podmiot liryczny stwierdza: „Nie mam w sobie tyle energii i pomysłów, ile/ chciałyby moje listy motywacyjne; że na potrzeby rekrutacji Coś zmieniło mnie w kogoś, kto sam/ przeciw sobie knuje. Kto sam sobą wywija na obraz/ i podobieństwo kogoś innego”.

W cytowanych powyżej fragmentach na podkreślenie zasługują dwa miejsca.

Przerzutnia, która uwypukla samotność podmiotu lirycznego. Jest sam, a powinien chcieć być kimś, kto odnajdzie się w młodym i zgranym zespole. W grupie zbudowanej z ludzi próbujących spełnić wymagania grupy jako takiej, nie zaś jej członków. Wymagania określone przez wolę zbiorową? Wytyczone w procesie rekrutacji? Zdefiniowane przez strukturę przywództwa? Uczestnictwo dla jednostki będzie porażką. A przynajmniej nie da jej satysfakcji. Dlaczego? Odpowiedź znajdziemy w innym wierszu: „Nie jesteśmy przygotowani na życie w stadzie,/ bo nie jesteśmy przygotowani na życie// poza stadem”. Kolejna mocna przerzutnia. Nie jesteśmy przygotowani do życia – w żadnej postaci i nigdzie („Przetrwanie w mieście graniczy/ z absurdem, na wsi – z cudem”).

W wierszu Rekrutacja warto zwrócić uwagę także na religijny kontekst, owo Kto sam sobą wywija na obraz/ i podobieństwo kogoś innego. Żyjąc w świecie stającym się do bólu współczesnym, przestajemy przypominać jakiekolwiek bóstwo. Staramy się upodobnić do stawianych nam w procesie rekrutacji wymagań. Boga zastąpił ideał z listu motywacyjnego. Co jest śmieszne i przerażające zarazem. I co jeszcze bardziej zacieśnia supeł.

Gdy przyjrzymy się wierszom Ekran oraz Mógłbym okaże się, że bycie podmiotu jest niestabilne, zależne od sytuacji oraz od miejsca. Gdyby wyszedł z domu – co przecież w perspektywie całości staje się niezwykle kuszące – m ó g ł b y stać się marzeniem fryzjera, samochodem, lalką, salonem, głową na banknocie et cetera. Zależnie od punktu, w którym się znajdzie będzie jednocześnie „mężem i synem,// fabrykantem i robotnikiem, patriotą i zdrajcą”.

W tym biegu, w tym zapętleniu, stwarzamy siebie i niszczymy jednocześnie. Nie nadchodzi dla nas czas spełnienia. Bytem spełnionym, niezmiennym staje się kapsel oraz kamień z pewnego znanego wiersza . A człowiek? Nie istnieje człowiek. Są tylko/próby ubrania kruchego i brzydkiego ciała// w ciepły lub elegancki strój . I o ile w tym rozpędzonym permanentnie zmiennym dzisiaj człowiek istnieje coraz mniej, to kamień jest bardziej kamieniem niż dawniej.

W ten oto sposób zaproponowany pęd staje się pędem bez celu. Mamy wyłącznie wykonywać. I może właśnie dlatego tyle w Tętnie trybu rozkazującego, tyle bezokoliczników tworzących komendy każące tkwić w mundurze bez poddawania czegokolwiek w wątpliwość. Jeśli zechcemy uczestniczyć w owym stadnym biegu, musimy trzymać się prostych zasad. Jedna z nich brzmi: „Nie obracaj się za siebie”. Nie przyglądaj się przeszłości? Nie myśl o tym, co cię ukształtowało? Jest tylko przyszłość?

Pozostanie w stadzie jest naprawdę kuszące, o czym dowiadujemy się z Wątpliwości. Nieopuszczanie religijnych grup niesie ze sobą korzyści. Podobne korzyści daje również praca w młodym i zgranym zespole, bycie szczupłym oraz noszenie munduru.

Podmiot liryczny z Tętna nie potrafi jednak sam siebie przekonać do wyboru takiej drogi. Od pierwszego zawartego w tomiku wiersza czujemy, że nawet w biegu wybiera odłączenie się. Może nie tyle wybiera je, co narzuca („Zrzuć w końcu mundur.//Przyspiesz, zwolnij, zbocz z obranej drogi”) odbiorcy, którym przecież sam się staje.

Puenta Początków („Zrozum wreszcie, że ścigasz się tylko ze sobą”) uświadamia nam najważniejsze. Jesteśmy sami. Rywalizujemy – koniec końców – sami ze sobą. Reszta to pozory. Co w takim razie z zasadami? Odpowiedzią może być apostazja. Zanim po nią sięgniemy, zatrzymajmy się. Tak przynajmniej robi podmiot. Mógłby stać się kimś innym, ale – czasami – zostaje w domu . Czasami przystaje, żeby móc przyjrzeć się światu.

Zauważmy, że Tętno kończy się wierszem o wiele mówiącym tytule Zatrzymuję się. Zaś jego ostatni wers, puenta całości, brzmi: „Wszystko. Więcej już naprawdę nie muszę”. Podmiot wie, że mógłby, ale nie musi.

Czym natomiast jest to wszystko? Zawiera się w prostym widoku miejskim. „Jakiś kioskarz mocuje się/ z kłódką i papierosem. Jakaś kwiaciarka wylewa// na ulicę wodę z kubła”. Wzorcem dla podmiotu Tętna staje się starzec z wiersza Grochów. Uważnie milczący prosty człowiek. „Ale cóż/ właściwie liczy się w życiu, jeśli nie rzeczy proste?”.

To jest coś. Robić s w o j e .

Nie ma konkretnych przykazań, nie ma konkretnych czynności. Za to bardzo silne wskazanie, że najważniejsze jest to, co jednostkowe. Mamy zająć się s w o i m. Przecież ścigasz się tylko ze sobą. Przestaje więc być istotne uleganie narzuconemu rytmowi, stawanie się człowiekiem, którego stworzyliśmy na potrzeby listu motywacyjnego, jednym z wielu członków kościoła. Nadszedł czas, aby wrócić do siebie.

Zacytujmy ten fragment Życia w stadzie w szerszym kontekście: „Czas wziąć// się w garść. Czas wrócić do siebie, jeśli się z siebie// wyszło”. Niestety „nie jesteśmy przygotowani do życia// poza stadem”. Wobec tego podmiot nie może do siebie wrócić . Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że ciągle określa go miejsce, popękane mury miasta. Tyle w Tętnie konkretnych nazw. Saska Kępa, Grochów, Berlin, Dworzec Zachodni, ulica Warszawska. Tymczasem „Twoje właściwe miejsce to brak miejsca./ Dopiero poza miejscem zaczynasz być sobą”.

Nic jednak nie wskazuje na to, że podmiot mógłby uciec od przestrzeni.

Póki co pozostaje pójść „W drugą stronę”. Zaprzeczyć dotychczasowym Zasadom, które głosiły między innymi Nie obracaj się za siebie. Zaczyna się przewrót. Podmiot zmienia zdanie: „Odwróć się”. Trzeba się odwrócić, trzeba iść w drugą stronę, aby coś zmienić. Jeśli chcesz dołączyć do rewolucji, „Zbierz do kupy swoje poglądy, a potem im//zaprzecz. Przeczytaj książkę o czymś, co nigdy/ cię nie interesowało”.

Może nie uda się w ten sposób podmiotowi wrócić do siebie, ale burzenie miejsc, wprowadzanie chaosu, to zawsze dobry, nowy początek. To dobry sposób, żeby kokardka przestała być błękitna. Zacząć od zatrzymania się. Zrezygnowania z procesu rekrutacji. Wziąć wszystko, ale za nic nie płacić . Zakraść się ku wiośnie i ją wypatroszyć. Wywrócić „scenerię na lewą stronę”. Zrozumieć, że największą zaletą rollercoastera jest nie ciągły ruch, ale to, że trzęsie i wytrąca z rytmu.

Przypomina się wiersz Różewicza Przyszli żeby zobaczyć poetę. Wybór robienia NIC. Przyglądanie się ze środka tym, którzy wybrali działanie. Choć podmiot z wierszy Marcina Orlińskiego raczej zainteresowany jest obserwacją samego siebie. Choć przecież nie potrafi do bycia sobą wrócić. Może pełnić różne role. Męża, syna, robotnika, fabrykanta… To jednak nie oznacza bycia sobą.

Zmienność miejsc, ruch w czasie uniemożliwia opis. Nieprzydatna okazuje się również poezja. „Nie zbawia.// Nie ocala”. Może o tym wszystkim powinniśmy opowiedzieć poprzez zaprzeczenie jak bohaterka wiersza Rój, kiedy podnosi dłoń do ust i mówi: „to nie są moje usta, to nie jest moja dłoń?”.

Cały czas tkwimy w tym niezwykle ważnym dla poety problemie nazw i imion. Jak nazwać rzeczywistość? Zaprzeczenie też pada jako propozycja w wierszu Trasa:

Cóż znaczy trasa? – mógłbym

napisać – Nie miejsce i nie brak miejsca. Nie ruch
i nie brak ruchu.

To jednak kolejna możliwość, która nie jest pełną odpowiedzią na nurtujące poetę i czytelnika pytania. Zaraz więc dodaje się: „Problem jednak w tym,// że naprawdę biegniesz”.

Czy warto więc pisać, skoro poezja „Zamiast odpowiadać na ważne pytania –/ zwodzi, rozbudza złudne nadzieje, zdradza”? Może lepiej niczym bohater z wiersza Grochów starać się uważnie milczeć? Może najlepsza odpowiedź zawiera się w psim merdaniu ogonem Woltera? To chyba najrozsądniejsza reakcja na ten metafizyczny horror . To zaś na powrót zbliża nas do śmiechu, który – jak wspomniałem wcześniej – jest burzą.

Śmiech zniszczy porządek, który jest pozorny, więc nie powinno nam na nim zależeć. Może burza jest niezbędna, aby na gruzach bronionej z uporem świątyni móc stwarzać nową? A może śmiech umożliwi nam bycie poza stadem i powrót do siebie? A może dokona niemożliwego i opisze wszystko, nie powodując sprzeczności?

Musimy pamiętać, że ów śmiech nie ma wyśmiewać. Przypomina właśnie merdanie ogonem. Nie tyle jest śmiechem z czegoś, ile śmiechem z kimś. Przywołajmy zakończenie Pułapek:

Powtarzam: kocham,
kocham. Śmieję się i ten śmiech jest burzą.

Pewnie zabrzmi to banalnie, ale jedyna możliwością przełamania wszelkich impasów zawartych w Tętnie wydaje się miłość. Może dlatego Marcin Orliński umieścił w nim aż dwa wiersze o miłości? Zakończenie pierwszego brzmi:

Pieprzę miłość z grubych, ociężałych romansów,
bo prawdziwa miłość rwie się we wszystkie strony.

Co jeszcze? Kocham i bywam nieznośny.
Ale przede wszystkim kocham.

Dzięki miłości nie tkwimy w miejscu. Wyrywamy się z punktu. Przestajemy pełnić rolę i stajemy się sobą. Jeśli uprawiamy miłość serio, kokardka przestaje być wreszcie błękitna. Nie możemy sobie pozwolić na bylejakość, która ogarnia masy i elity.

Gdy przyjrzymy się całemu zbiorowi wierszy uważnie, gdy jeszcze raz podkreślimy ostatni wers cytowanego przed chwilą Pierwszego wiersza o miłości („p r z e d e w s z y s t k i m kocham”), zupełnie inaczej zrozumiemy tytułowe Tętno. Inaczej spojrzymy na rytm miasta, przez które biegniemy. Dopiero teraz się zacznie. I wcale nie będzie straszna ta burza. Dopiero teraz, kiedy zejdziemy niżej, przekroczymy granice. Dopiero teraz można spokojnie odetchnąć.








Zobacz też:

Premiera tomu wierszy Tętno
Informacja prasowa o książce Zabiegi